Jedni lubią je bardziej, inni mniej, jednak nikt nie pogardzi pachnącymi, smakowitymi piernikami. Wbić zęby w twardawy, słodki produkt (póki się jeszcze je ma, bo mleczaki opuszczają hurtowo paszczę wypierane przez trzonowce, a potem to już trzeba żegnać się z nadmiarem słodyczy, jak się chce czułe słówka ukochanej szeptać bez nadmiernego strzykania śliną.) Mniam.
Nikt jednak nie uprzedził Trzecioklasistów, jaka to brudna robota. Domowa rodzicielka zawsze pięknie ukręciła ciasto, a potem tylko zostało radosne, schludne wykrajanie. A teraz?!!! Co to jest! Paćka klei się do palców, rozprostować ich niepodobna, a wychowawczyni z mamą Piotrka dosypują tylko mąkę, zamiast zdjąć to świństwo
i pomóc odzyskać władzę w kończynach.
O biedna Młodzieńcza Naiwności! Za kilkanaście lat zrozumiesz, że dzisiejsze doświadczenie przyda Ci się
w kryzysowej sytuacji z inną brązową mazią, o zgoła mniej słodkim zapachu, którą dostarczy Ci Twój własny potomek. Zatem ucz się oczyszczać palce i nie panikuj.
Pierwszy kryzys zażegnany, a potem było jak w domu. Schludne wałkowanie, wycinanie i dekorowanie. Etapem przejściowym – czyli wypiekaniem – zajęły się opiekunki. I było miło. I baaaardzo smacznie. Wychowawca
i pani Kasia również mogły skosztować maciupeńkiego rarytasu, bo „co za dużo, to niezdrowo”. Ciekawe, ile z tych pierniczków dotarło do domów małych kucharzy. Oby rodzice nie tylko na zdjęciach mogli zobaczyć rękodzieło swych milusińskich.
Agata Niewierska