Kończy się rok szkolny, ostatnie ziarenka pisaku w klepsydrze spadają z pośpiechem na usypany, niemal już doskonały stożek. Wiedza powoli tężeje w przepracowanych umysłach i ostatnią myślą, która może pojawić się w głowach trzecioklasistów, jest uczyć się na sprawdzian. Albo w ogóle – uczyć się! Zatem czas na wycieczkę. Ostatnią, w klasie trzeciej.
Pogoda dopisała cudownie. Po ostatnich deszczach, burzach i przykrym ochłodzeniu, poranek przywitał uczniów słonecznym i ciepłym uśmiechem. Jazda nie była długa, ani męcząca. Żadne śniadanie nie zamierzało powrócić, skąd przyszło, zatem humory – podobnie jak pogoda - były wyśmienite.
Zamek faktycznie stał na wodzie, a może fosa tylko opływała jego podstawy. Nikt z zebranych nie zainteresował się na tyle, by zbadać to osobiście. Całe szczęście, ciecz bowiem miała niezdrowo zielonkawy kolor, co jednak nie przeszkadzało licznie pluskającym się w niej kaczkom.
W środku pływało coś jeszcze… Kto wie, co spoczywa w mętnych czeluściach. Zamek pamięta czasy Jagiellonów, może jakieś skarby nieodkryte, a może szczątki szczurów z czasów epidemii. Lepiej nie drążyć i zostawić zagadkę następnym pokoleniom.
Wnętrze budynku było przytulne, ale zaskakująco nieduże. Komnaty niewielkie, choć interesująco wykończone. A biblioteka! Po sam sufit książki! Radość dla moli…
Otoczenie zamku nieco zapuszczone. Park niegdyś niewątpliwie piękny, obecnie zarośnięty pokrzywami i trawami. Przepływającą nieopodal rzeczkę zabarykadowały tamy bobrów i ich żeremia. Samych winowajców na szczęście nigdzie dostrzec nie można było. Zęby mają niewiarygodnie ostre, lepiej niech je piłują na pobliskich drzewach.
Trzecioklasiści w takim miejscu mogli się wykrzyczeć i wybiegać do woli. Niczym dawni rycerze na koniach, tak oni w swych wypasionych adidaskach pokonywali rączo wszelkie przeszkody.
I było baaardzo miłoooo.
Agata Niewierska