Po dwóch latach do Urazu wreszcie przybyła ZIMA. Z wszystkimi swymi atrybutami – śniegiem, mrozem, lodem i ... marudzeniem dorosłych. Jeszcze na feriach udało się małoletnim nacieszyć jej lepką puchowością, a po okolicznych polach i lasach sunęły liczne zaprzęgi kuligów. Jednak największa frajda, gdy można z całą klasą runąć w śnieżne objęcia zimy i z głośnym rechotem rozrzucać białe fontanny zmrożonych płatków na piszczących rówieśników. Jaka więc była radość, gdy wbrew przewidywaniom rodziców i panującej nadal pandemii, od poniedziałku uczniowie klas najmłodszych mogli wrócić do szkoły! Od świtu ochoczo szturmowali otwarte już dla nich drzwi, chlapali na wszystkie strony dezynfektorem i pomimo rycerskich okryć na twarzy, każdy od razu rozpoznał SWOICH.
HURAAAA! WRÓCILIŚMY!!!
Przykujemy się do ławek i nie damy już od nich oderwać! No może później, bo teraz jest tyle do zrobienia. Na początek trochę nauki. Całkiem miło. Potem zapachniało w szkole pastą do zębów. Jednak nie dlatego, żeby najstarsi obecnie w szkole uczniowie klasy III raptem zapałali miłością do szczotkowania swego uśmiechu. Lepiej nie pytać, kto rano mył zęby, bo mogłaby zapaść dość krępująca cisza. Tego dnia pasta służyła do celów artystycznych, a wystarczyło wyjrzeć przez okno, by ujrzeć malowany obiekt w całej swej krasie.
Gdy temperatura podniosła się do „zaledwie” kilku stopni mrozu, cała klasa udała się na spacer, by podziwiać zimę z bliska i poczuć jej pocałunki na swych policzkach. Przy takiej pogodzie nie da się ulepić bałwanka, bo śnieg jest zbyt sypki. Jednak następnego dnia…
Udało się. Materiał śnieżny nadawał się idealnie do pracy rzeźbiarza. Na szkolnych trawnikach zaroiło się więc od przybrudzonych nieco bałwanków, tęsknie spoglądających w stalowe niebo i oczekujących na nocne przymrozki. Ciekawe, czy rano powitają swoich twórców z szyszkowym uśmiechem na bladej twarzy, czy poddadzą się zmiennej aurze i popłyną w brudnej breji do Odry. Na zdjęciach zostaną na zawsze.
Agata Niewierska