Jeden z najbezpieczniejszych środków lokomocji, a tyle potrafi wzbudzić emocji. Zapewne, dlatego że współczesna cywilizacja przesiadła się na swoje własne dwuśladowce i tkwiąc w korkach miejskich zapomniała, iż taniej, szybciej i niemal bezkolizyjnie przemieszczać można się ciuchcią. I chociaż nie jest ona już tą słynną, co „stoi na stacji lokomotywa, ciężka ogromna i pot z niej spływa”, ale radość z podróżowania niezapomniana.
Na początku tradycyjne opóźnienie, bo przecież to nie kolej za czasów Tuwima, gdy można było regulować zegarki według jazdy pociągów, ani nie jesteśmy w Japonii. Poczekać trzeba. A przy okazji lekcja matematyki… To, o której przyjdzie pociąg, jak ma tyle opóźnienia? Padła nawet prawidłowa odpowiedź! Miód na serce zestresowanego nauczyciela.
Podróż pociągiem okazała się o wiele przyjemniejsza niż tramwajem. Nie śmierdziało tak spalinami. I minęła o wiele szybciej. Do Sali Zabaw Piotruś grupa dotarła w trzy kwadranse od pożegnania z rodzicami. (Przypominam o nudnym oczekiwaniu na peronie na spóźniony pociąg i ogłupiałemu przyglądaniu się graffiti na ekranach akustycznych i kropkom na płytach chodnikowych.) A później to chyba ktoś włączył Czasoprzyspieszacz. Było najpierw WOOOOW! I tak trwało w zawieszeniu nad bawiącymi się dziećmi.
W pewnej chwili na stolikach pojawiło się małe co nieco, w celu regeneracji sił, a po chwili dalsza zabawa, aż do momentu, gdy odgwizdane (Drugoklasiści przywykli do tego dźwięku, pozostałym dźwięczało jeszcze w uszach jakiś czas.) zostało zakończenie imprezy. Cooooo?! Już?! Minęło 2 godziny?I
Tak.
O NIEEEE!!!! O tak. Wracamy.
Po drodze była kolejna smakowita niespodzianka, która udobruchała nieco zasmucone serduszka i wypełniła brzuchy lepką słodyczą. I do dooomuuuu. Również pociągiem. Ale fajnie.
Agata Niewierska